poniedziałek, 9 stycznia 2017

Przedpremierowo "Księga snów" - Nina George


Księga snów
Nina George
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 424
Ocena: 9/10
Premiera: 01 lutego 2017

Nota wydawcy: 
Życie człowieka to suma wyborów.
Dokonuje ich w każdej sekundzie.
Ale czy wie, jakie naprawdę będą ich skutki?
Czy może sprawić, by zły wybór doprowadził do szczęśliwego zakończenia?

Henri. Reporter wojenny. Żył w ciągłym zagrożeniu, jednak najbardziej przerażał go stały związek i założenie rodziny. Ratuje tonącą dziewczynkę, ale sam zapada w śpiączkę.
Eddie. Redaktorka w wydawnictwie. Kiedyś związana z Henrim. Jej ustabilizowane życie burzy informacja, że uczynił ją odpowiedzialną za podejmowanie wszystkich decyzji dotyczących jego leczenia.
Sam. Wyjątkowo inteligentny i wrażliwy trzynastolatek. Łatwo rozpoznaje uczucia innych, a emocje opisuje za pomocą kolorów. Marzy o tym, aby w końcu poznać ojca, którego losy śledził przez całe życie.

Przeszłość i teraźniejszość, rzeczywistość i marzenia, prawda i to, co się prawdą wydaje, splatają się w jedną historię. Ścieżki trójki bohaterów krzyżują się w krainie snów, gdzie zacierają się granice, a wspomnienia dają drugą szansę na życie.

Moje wrażenia:

Niniejsza książka jest zamknięciem cyklu powieści, w których Nina George podejmowała problem nieskończoności. Wcześniej był to "Lawendowy pokój" i "Księżyc nad Bretanią".

Akcja "Księgi snów" toczy się na przestrzeni 46 dni. Tyle czasu Henri przebywał w śpiączce. Autorka oddała głos trójce bohaterów. Narracja z różnych punktów widzenia, jeszcze bardziej pozwala nam zbliżyć się do świata Henriego, Eddie i Sama. Postaci wrzynają się w głowę, nie dając o sobie zapomnieć.

Henri ratując tonącą dziewczynkę, sam ulega wypadkowi. Potrąca go samochód, na skutek czego zapada w śpiączkę farmakologiczną. Eddie to jego była, której ze strachu przed związkiem i założeniem rodziny nigdy nie powiedział, że ją kocha. 

"- Kocham cię, pragnę, na zawsze i jeszcze dłużej, w tym życiu i wszystkich kolejnych.
- A ja ciebie nie."

Natomiast Sam to 13-letni syn Hariego, którego nigdy nie poznał. Miało to nastąpić w dniu, kiedy wydarzył się wypadek. Bardzo chciałam, aby ojciec i syn w końcu się poznali. Ale czy zdążyli... tego musicie dowiedzieć się sami. Sam cierpi na synestezję - chorobliwą nieśmiałość i nadwrażliwość. Odbiera rzeczywistość nietypowo, dostrzega barwy dźwięków, głosów i muzyki. Nie potrafi patrzeć ludziom w oczy. Ma przy tym wysoki iloraz inteligencji. Mówi o sobie, że jest synidiotą, który nie potrafi poradzić sobie z intensywnością życia, z natłokiem odczuć i wrażeń. Jeszcze nie spotkałam się z tym zjawiskiem w literaturze. Dlatego wielkie brawa dla autorki, bo jest to coś świeżego.   

Pojawiają się jeszcze postaci drugoplanowi, ale są oni tylko tłem do rozgrywających się wydarzeń. Chciałabym lepiej poznać męża Eddie, czy matkę Sama. Autorka tylko zahacza o te postaci.
  
Nasze życie składa się z wyborów, decyzji, które nie zawsze są właściwe. Ale to one nas kształtują, decydują o tym, kim się stajemy. Mimo iż Henri nie chciał Eddie, to upoważnił ją do decydowania o jego życiu i śmierci. Wydaje mi się, że zrobił to z powodu, że nie miał tak naprawdę nikogo bliskiego na kim by mu zależało, tak jak na Eddie. Choć na początku sam przed sobą bał się do tego przyznać.   

"Moja miłość była silniejsza niż potrzeba bycia kochaną. Jednak ją odrzucił, a to było gorsze niż jego obojętność. (...) Nie chciał mnie, ale wypisał mi to upoważnienie. Jestem za niego odpowiedzialna w razie wypadku. Ze mną można umierać. Ale nie żyć."

Autorka zmusza nas do zastanowienia się nad problemem prawdy i kłamstwa, na temat tego, gdzie przebiega jej granica. Zarówno Henri, jak i Eddie nie potrafią zdobyć się wobec siebie na szczerość. Tu w zasadzie każdy z bohaterów zataja jakąś prawdę, nawet Sam, który przed matką ukrywa, że całe dnie i noce spędza w szpitalu u ojca. Poznaje tam też nieprzytomną Madelyn, przy której również czuwa i którą zaczyna darzyć pierwszym młodzieńczym uczuciem. Ale czy to uczucie będzie mogło się spełnić... tego nie zdradzę.   

"... czasem życzę nam obojgu, żebyśmy choć jeden raz potrafili zdobyć się wobec siebie na szczerość. (...) zawsze mamy jakiś wybór. Nic się nie dzieje tak po prostu. Każdy podejmuje decyzje. Można skłamać albo powiedzieć prawdę. Można zachować się jak dupek albo nie."

Autorka stawia wiele egzystencjalnych pytań, dotyczących strachu przed utratą bliskiej osoby, umierania, śmierci, żałoby tych, którzy zostają. Każdy z nas boi się śmierci, przemijania, tego co nieznane. Ten lęk spowodowany jest tym, że boimy się zostać sami, bez poczucia bezpieczeństwa bliskiej nam osoby. Zawsze uważamy, że jest na to za wcześnie. Nina George wychodzi naprzeciw tym obawom, tworząc równoległą rzeczywistość - pomiędzy niebem a ziemią, w której zacierają się granice. Mnie samą skłoniło to do zastanowienia się nad tym, czy w chwili śmierci będę czuła, że żyłam pełnią życia? Czy wykorzystałam dane mi wszystkie szanse? 

Autorka oprócz tematu śpiączki, snów i ich wpływie na nasze życie, nawiązuje również do świata literatury, która gdzieś między wierszami, w sposób naturalny co chwilę wypływa. Czytając miałam wrażenie, że zacierała się mi gdzieś granica pomiędzy tym, co jest snem, wspomnieniami, a tym, co rzeczywiste, ale na końcu wszystko nabrało właściwych wymiarów i znaczenia. 

"Zgubiłam się, krążąc między Henrim i Wilderem, między dawnym i teraźniejszym życiem."

Dialogów jest niewiele, ale to w żaden sposób nie przeszkadza w odbiorze i płynności podczas czytania.

Na pochwałę zasługuje piękna, klimatyczna, melancholijna, szata graficzna, jaką została obdarzona książka. Idealnie nawiązuje do tego, co kryje się w środku. Tytuł również w pełni oddaje treść. 

Niezwykle przytłaczająca to lektura. To powieść, która nie daje spokoju, chociaż tak spokojnie się przez nią "płynie". Budzi dylematy moralne, skłania do zastanowienia się nad tym, jak mało wiemy o sobie nawzajem. Mnogość cierpienia i niepewności, z jakimi muszą zmagać się bohaterowie - zwłaszcza nastoletni chłopiec - udziela się czytelnikowi. Śmierć wydaje się nieunikniona. A co dalej? Tu chyba sami musimy stworzyć własną rzeczywistość, gdzieś tam pomiędzy niebem a ziemią, pomiędzy bytem a niebytem... Gdzieś, gdzie jeszcze tli się nadzieja na życie.

"Tak długo szukałem właściwej drogi życia, ale jej nie znalazłem. Żadna nie okazała się idealna, bez względu na to, co robiłem."  

Jeśli nie boicie się książek, które nie do końca dobrze się kończą, które nie są optymistyczne - sięgnijcie po "Księgę snów". 


Dziękuję Wydawnictwu Otwarte za udostępnienie egzemplarza do recenzji



5 komentarzy:

  1. Jakie piękne zdjęcie!
    Recenzja także zachęca i już zapisuje sobie tytuł tej książki do mojej listy: chciejek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z opinii wnioskuję, że treść książki jest niczym pocisk moździerzowy! Kiedy rozejrzymy się wokół, takich pocisków wiele... Recenzja napisana doskonale!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam na półce, więc muszę poznać ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Od początku miałam na nią oko, a teraz czuję się jeszcze bardziej zachęcona. :)

    OdpowiedzUsuń