środa, 5 października 2016

Dzień cudu - Wioletta Sawicka


Dzień cudu
Wioletta Sawicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 464
Ocena: 10/10


Nota wydawcy: 
Czasem trzeba prawie umrzeć, by zacząć żyć na nowo.
Pewnej nocy los na drodze Piotra stawia Hankę. Ratuje jej życie i czuje się za nią odpowiedzialny. Hanka początkowo jest nieufna, powoli otwiera się przed Piotrem. 
Skrajnie różni, a potrzebni sobie. Ona z bagażem trudnych doświadczeń i piętnem śmierci, on niedoceniony z porażającą niemocą twórczą. Zawierają układ. On jej pomoże wymyślić sposób by mogła odejść na swoich warunkach, a w zamian zyska temat na książkę. Hanka sporządza listę marzeń, które chciałaby zrealizować przed śmiercią.
Każdy dzień z Piotrem dla Hanki to dzień cudu.  



Moja opinia: 

"Od dziś będziemy mieszkać tam we trójkę. Mój mąż, ja i rak. Rak należy tylko do mnie. Mój mąż jeszcze nie wie, że ma konkurenta."

Czytając opis "Dnia cudu" ani chwili nie zastanawiałam się nad tym, aby sięgnąć po tę powieść. Gdybym tego nie zrobiła, nie wiedziałabym jak wiele tracę.

Gdy w wieku zaledwie dwudziestu pięciu lat nasze życie się kończy, chciałoby się krzyczeć. No bo jak to? To już? Przecież mając tyle lat, człowiek nawet na dobre nie zacznie żyć. Nierzadko wiemy kim jesteśmy, co chcemy w życiu osiągnąć... Gdy Hanka dowiaduje się, że ma nieuleczalny nowotwór pnia mózgu, jej całe życie wywraca się do góry nogami. W jednej chwili cały jej świat przewartościowuje się. Dzieje się to za sprawą jej najbliższych, ale i samej siebie. Zamyka się w sobie, odgradza od innych murem nie do przebicia. A jakby tego było mało, mamy tu do czynienia z bolesną przeszłością Hanki związaną z wielokrotnymi bolesnymi zawodami i rozczarowaniami doznanymi ze strony jej najbliższych, od których nie zaznała miłości. Kolejny raz widzimy, jak ogromne znaczenie na przyszłość ma to, co dzieje się w dzieciństwie.  

"Są słowa, które ranią, ale są też takie, których brak boli najbardziej. Ja nigdy nie usłyszałam tego ani od matki, ani od ojca. Nie było ich na to stać. Na to jedno, jedyne słowo. Przez to jestem kaleką."

Dużo zmienia się w życiu naszej bohaterki, gdy sporządza listę marzeń oraz podpisuje pewien pakt z czterdziestoletnim byłym policjantem Piotrem. Ale czy uda się go zrealizować? Tego oczywiście nie zdradzę. Powiem tylko tyle, że sprawy mocno się skomplikują. 
"Razem ze mną biegnie mój rak. Jesteśmy już złączeni ze sobą aż do śmierci, stanowimy jedność jak jin i jang, awers i rewers tej samej monety. Ja nie mogę istnieć bez niego, on żywi się mną... Będę tańczyć chocholi taniec w rytm jego muzyki."

Autorka w sugestywny sposób przedstawiła nam poszczególne etapy po diagnozie choroby, jakie musi przejść Hanka. Tu każda sekunda, słowo, gest, mają zwielokrotnione znaczenie. Obserwujemy żal, rozpacz, niezrozumienie. A w tle tego wszystkiego pojawia się również subtelny wątek miłosny.  

"Mój rak miał mnie. Kochał mnie tak samo mocno, jak ja go nienawidziłam."

Zakończenie mocno mnie zaskoczyło. Spodziewałam się zupełnie innego, ale to chyba dobrze, bo to niesie w sobie przesłanie, że tak naprawdę nic nas nie ogranicza jeśli chodzi o marzenia. Marzmy i spełniajmy nasze marzenia, bo tylko od nas samych zależy czy będziemy szczęśliwi. Wykorzystujmy każdą chwilę najmocniej jak się da, nie trwońmy niepotrzebnie życia na głupoty, szkoda czasu.


"Za bardzo bałam się przeszkód, by wcześniej je uwolnić. Teraz raptem wszystko się przewartościowało. Przekonałam się, że nie wolno stawiać granic swoim marzeniom. Powinny zawsze je przekraczać. Gdyby to ode mnie zależało, do siedmiu grzechów głównych dopisałabym ósmy, grzech zaniechania. Jest dużo bardziej niewybaczalny niż cała reszta. Gdyby życie było spowiednikiem, nie dostałabym rozgrzeszenia. Za dużo przepuściłam między palcami i prawie wszystko mi umknęło."

Narracja z punktu widzenia dwójki głównych bohaterów - Piotra i Hanki - jest bardzo dobrym i trafnym zabiegiem. Lubię mieć wgląd w myśli, uczucia i życie danego bohatera, i tym samym lepiej zrozumieć co nim kieruje w danej sytuacji. Język jest prosty, plastyczny. Wszystko jest po coś, ma swoje znaczenie, nic nie jest naciągnięte czy przekombinowane.

Pokochałam Hanię i Piotra - no bo jak nie można? Niby historia choroby jakich wiele, ale dla mnie to coś więcej. Zakończenie tej historii rozwaliło mnie totalnie. Płakałam, płakałam, płakałam... Dawno książka nie wywołała we mnie aż takich emocji. 

Powieść mądra, wyjątkowa, wzruszająca, smutna, melancholijna, przygnębiająca o przyjaźni, miłości, dojrzewaniu do przemiany i pogodzeniu się z tym, co nieuchronne. Przepełniona wielkim bólem i cierpieniem, gdzie pojawia się patologia, odrzucenie, poczucie osamotnienia, depresja. Wioletta Sawicka oczarowała mnie swoim ciepłym, płynącym z serca słowem. Dajcie się skusić, a na pewno nie pożałujecie.


  

3 komentarze:

  1. Recenzja pisana emocjami. Szczera, a zatem bardzo cenna :) dla Autorki i czytelników. Po takiej opinii chętnie sięgnę po książkę, ale dodam, że po notce wydawcy nie zrobiłabym tego. Zbyt wiele w opisie książki przez wydawcę "ciężkich" słów: umrzeć, 2 x śmierć, nieufna, piętno, porażająca... Tak więc szkoda, że na okładce nie ma fragmentu tej wyjątkowo pięknie napisanej recenzji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam tę powieść. Dostarczyła mi lawinę emocji.

    OdpowiedzUsuń