sobota, 16 listopada 2019

Jego babeczka - Penelope Bloom


Tytuł: Jego babeczka
Cykl: Owoce pożądania (tom 3)
Autor: Penelope Bloom
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 256
Ocena: 8/10

Poznajemy zwariowaną, z dużym dystansem do własnej osoby, ale i niepewną Emily. Dziewczyna marzy o studiach w Paryżu i zostaniu prawdziwą artystką. Pracuje w domu spokojnej starości, gdzie uczy seniorów malarstwa. To właśnie tam spotyka Ryana - właściciela piekarni i swoją szkolną miłość. Mężczyzna ma za sobą nieudane związki, w wyniku czego każdą kobietę trzyma na dystans w obawie przed kolejną porażką. Zatrudnia Emily, aby wykonała dekorację na imprezę Halloweenową. Co stanie się, gdy sprawy wyjdą poza czysto zawodowe?

"Każdy człowiek na tej planecie, który żyje w szczęśliwym związku, nie ma najlepszej historii bycia z kimś. Dopóki nie znajdzie tej drugiej połowy. Na tym to polega. To nie działa, dopóki nie zadziała. Ale nie ustajesz w wysiłkach."

Książka obfituje w mnóstwo przezabawnych wydarzeń i sytuacji. Z Emily i Rayanem z pewnością nuda nam nie grozi. Ich gra słów... rewelacja! Znajdziemy tu także sporo rozterek, wątpliwości niezdecydowania bohaterów. Autorka udowadnia, że zawsze warto zawalczyć o miłość, zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę.

"(...) mój seksowny szef był też moją szkolną miłością.

Tak jakby. Na początku chciałam go zagłaskać swoją ckliwą czułością. A pod koniec już tylko okrutnie zmiażdżyć. Teraz wrócił, choć równie dobrze mógłby mieć napisane „Nie dotykać!” na koszulce."

"Życie nauczyło mnie jednego: najprostszym sposobem, żeby wszystko zepsuć, jest nadmierny pośpiech."

Z kolei poboczni bohaterowie nie stanowią jedynie tła. Wręcz przeciwnie. Oni również mają swój wkład w tę historię. Są żywiołowi, pełni energii. A babcia Williama i jej teksty wymiatają! 

Penelope Bloom posiada lekkie pióro, więc czyta się wyjątkowo szybko i przyjemnie. Książka może i jest trochę przewidywalna i tchnie infantylnością, jednak zadanie zostało spełnione: bawiłam się wyśmienicie! Nie ma co się zbytnio rozpisywać, po prostu spójrzcie na tę okładkę - czyż nie zachęca, by ją skosztować?

"Jego babeczka" jest powieścią do schrupania na jeden wieczór. To lekka, błyskotliwa, zabawna, słodka, skrząca romantyzmem i nutą pikanterii komedia omyłek. To jak, spróbujcie babeczki? 😉


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros



czwartek, 14 listopada 2019

PS Kocham Cię na zawsze - Cecelia Ahern


Tytuł: PS Kocham Cię na zawsze
Cykl: P.S. I Love You (tom 2)
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 448
Ocena: 9/10

Akcja „PS Kocham Cię na zawsze” rozpoczyna się siedem lat po śmierci Gerry’ego. Jego żona Holly Kennedy poukładała swoje życie na nowo. Ma stabilną pracę i zamierza zamieszkać ze swoim nowym partnerem, Gabrielem. Ciara, siostra Holly, namawia ją do udziału w podcaście, w którym miałaby opowiedzieć o swoich doświadczeniach po śmierci Gerry’ego i o listach, które jej zostawił. Ta jednak obawia się powrotu do traumatycznych wydarzeń, które zostawiła już za sobą…

Cecelia Ahern kazała swoim czytelnikom czekać 15 lat od wydania "PS Kocham Cię". Dawno czytałam tę książkę i pamiętam jak bardzo mi się spodobała (choć ekranizacja jeszcze bardziej). Gdy dowiedziałam się, że powstała kontynuacja, od razu chciałam ją poznać.

Ponownie dałam się zaprosić do tajemniczych listów, irlandzkiej przyrody i miłości silniejszej niż śmierć. Jednak tym razem książka okazała się bardziej wzruszająca, smutna, a nawet lekko przygnębiająca. Tu przemijanie wyraźnie daje o sobie znać, przez co zmuszeni jesteśmy do wielu chwil refleksji i przemyśleń. Uświadamiamy sobie kruchość życia. Ale znalazła się także odpowiednia doza pozytywnych myśli i humoru, które sprawiają, że fabuła książki staje się w pewien sposób ciepła.

Bohaterowie to mocny punkt powieści. Są wielowymiarowi, barwni i prawdziwi w tym co robią i jak myślą. Każda z postaci ma swoją własną historię. Jednocześnie te historie są bliskie czytelnikowi, gdyż wielu ludzi przechodzi przez coś podobnego. Musi mierzyć się ze stratą, żałobą. Obserwujemy też dojrzalszą wersję Holly.

"Nad rozpaczą nie sposób zapanować, przez większość czasu masz wrażenie, że to ona kontroluje ciebie. Jedyne, co możesz, to to, jak sobie z nią radzisz."

Autorka pięknie ubiera w słowa historię Holly i Gerry'ego. Czytając, wszystkie emocje współodczuwamy wraz z bohaterami. Powracamy wspomnieniami do tego, co było, ponownie wszystkie wydarzenia stają nam przed oczami. A to, że miałam możliwość poznania czym kierował się Gerry... dla mnie największa wartość książki. 

Z kart powieści bije niezwykła wrażliwość. Autorka w autentyczny sposób kreśli emocje targające bohaterami, ich ból i strach przed śmiercią, złość, żal i frustrację, ale również doskonale wie, jak dodać otuchy i nadziei. 

"Chcemy mieć kontrolę nad naszą śmiercią, nad naszym pożegnaniem ze światem, a jeśli nie możemy jej mieć, możemy przynajmniej kontrolować, co zostawimy po sobie." 

Myślę że obie książki można czytać niezależnie, gdyż autorka udanie wplata przeszłość bohaterów w teraźniejszość. Jednak polecam Wam zapoznać się najpierw z pierwszą częścią, a dopiero sięgnąć po drugą, by mieć pełne rozeznanie w wydarzeniach.

I już tak na koniec: pamiętajmy, by mówić naszym bliskim, że ich kochamy (może o tym wiedzą, ale ciepłych uczuć i słów nigdy za wiele). Nie zostawiamy tego na następny dzień, tydzień, za miesiąc. Może być już za późno.

"Miłość jest czymś wątłym i kruchym. Czymś, co należy cenić i pielęgnować, i pokazywać wszystkim, a nie chować ją do szafki albo się jej wstydzić."

"PS Kocham Cię na zawsze" to emocjonująca, przejmująca, wzruszająca i inspirująca, godna swojej poprzedniczki powieść o miłości na zawsze. To książka przypominająca o tym, co w życiu najważniejsze. Czy Gerry zostawił jeszcze jakąś niespodziankę dla Holly? Ja już wiem, teraz Wy musicie koniecznie się przekonać!



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Muza




wtorek, 12 listopada 2019

Pod tym samym niebem - Katarzyna Kielecka



Tytuł: Pod tym samym niebem
Autor: Katarzyna Kielecka
Wydawnictwo: Szara Godzina
Ilość stron: 304
Ocena: 8/10

Lilianna wiedzie szare życie zwykłej księgowej. Jej czas wypełnia córka, przyjaciółka Kinga oraz praca. Pewnego grudniowego dnia Lilianna otrzymuje tajemniczy list, w którym nieznana dotąd cioteczna babcia informuje, że przekaże jej w spadku dom, jeśli dziewczyna zgodzi się na warunki testamentu. Lilka, za radą Kingi, nie traktuje tej wiadomości poważnie. Tymczasem świat obu kobiet niemal z dnia na dzień staje na głowie.
Czy przyjaciółki pozwolą, by świąteczny czas stał się dla nich niczym operacja na otwartym sercu? Czy znajdą w sobie odwagę, by zrozumieć przeszłość i otworzyć się na to, co niesie im życie?

"- Ludzie szukają po prostu szczęścia. Niczego więcej. A po to nie muszą docierać do żadnego celu. Wystarczy, że pójdą drogą, którą lubią, którą sami wybrali i gdzieś tam na szlaku dołączą do nich bliscy, którzy będą ich szanować i kochać. Życie jest proste, chociaż nie zawsze łatwe. Samo w sobie stanowi nagrodę. Wystarczy, że otworzysz na nie oczy."

"Pod tym samym niebem" nie jest kolejną powieścią stricte świąteczną, jakoby można się było spodziewać spoglądając na okładkę. To książka wielowątkowa, która niewiele ma wspólnego z radością, jaka kojarzy się nam z okresem Bożego Narodzenia. Dla mnie jest to zdecydowanie na plus, gdyż książka nie okazała się zwykłą powiastką z nadmiarem lukru. Otrzymujemy tu znacznie więcej: refleksje, przemyślenia, a przede wszystkim emocje, jakie niosą poszczególne wątki. Choroba dziecka, tolerancja na inność drugiego człowieka, zapominanie o potrzebach drugiej osoby w związku oraz lęk przed zmianami - to tylko część problemów, z jakimi muszą mierzyć się bohaterowie.

"Człowiek z natury boi się zjawisk, o których mało wie. Żeby zaakceptować odmienność, trzeba ją poznać i zrozumieć."

"Matka jest potrzebna nie po to, by usuwać dziecku głazy spod nóg, lecz po to, by wyposażyć je w wygodne buty i przekonać, że jeżeli się postara, zdoła pokonać nawet najtrudniejszy szlak."

A jeśli mowa o bohaterach, to okazali się wiarygodni, barwni, charakterystyczni, tacy, w których czytelnik z pewnością może odnaleźć cząstkę siebie w podobnych sytuacjach, jakie są ich udziałem. Zdarza się im popełniać błędy, ale co ważne, potrafią wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Przychodzi również taki moment, kiedy będą musieli zaryzykować, by nie przegapić swojego szczęścia.

"Jeśli ludzie zachowują się przyjaźnie, giną w tłumie tych silnych, przykrych wrażeń. Nie mam jak ani kiedy ich sobie podkreślić, wrzucić w głowie w odpowiednią zakładkę, albo oprawić w ramkę, żeby zapamiętać."

Katarzyna Kielecka udanie lawiruje w czasoprzestrzeni. To nie lada sztuka, aby zgrać wszystkie wydarzenia, które rozegrały się w ciągu siedemdziesięciu lat. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie listy Apolonii Jezierskiej, ciotecznej babci Lilki. Przenosimy się do okresu II wojny światowej, gdzie śledzimy historię Apolonii i jej siostry bliźniaczki. Ciekawa byłam konfliktu między kobietami oraz tego, dlaczego kobieta chce nawiązać kontakt z wnuczką swojej siostry.

Autorka posiada doskonały zmysł obserwacji ludzkich zachowań. Ze swobodą prowadzi poszczególne wątki. Znalazło się także odrobinę miejsca na humor, który przebija się pomiędzy problemami bohaterów. Widzimy, że nawet w najgorszych momentach życia trzeba spróbować poszukać światełka w tunelu i mieć nadzieję na lepszy los.

"Pod tym samym niebem" to wielowątkowa opowieść o jasnych i ciemnych stronach naszego życia. To książka o przyjaźni, wsparciu, szacunku, tolerancji oraz o tym, jak każda, nawet najdrobniejsza decyzja czy zdarzenie potrafi zmienić losy człowieka. Jestem pewna, że po poznaniu tej historii każdy czytelnik ma szansę wynieść coś z tej książki dla siebie. Czy dla każdego z nas niebo jest takie samo? Przekonajcie się, warto!





Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Szara Godzina


niedziela, 10 listopada 2019

Szepty gwiazd - Anna Łajkowska


Tytuł: Szepty gwiazd
Autor: Anna Łajkowska
Wydawnictwo: Dragon
Ilość stron: 352
Ocena: 8/10

Zbliża się Boże Narodzenie, pada śnieg i wszyscy dokądś biegną, ogarnięci przedświąteczną gorączką. Poznajemy Agatę, Jacka, Dorotę, Jagodę i Witka - ludzi na życiowym zakręcie, próbujących zacząć od nowa i odmienić los, który dotąd nie był dla nich zbyt łaskawy. Ale czy łączy ich coś jeszcze?

"Wiem, że te gwiazdy są zrobione z historii ludzi, tylko nie mam pojęcia, czy prawdziwych, czy wymyślonych. Przypuszczam też, że czasem wracają do swoich głównych bohaterów, żeby to oni sami opisali swoje losy."

"Szepty gwiazd" to wznowienie powieści Anny Łajkowskiej z 2014 roku i moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki.

Muszę przyznać, iż spodziewałam się dość sztampowej historii. Jednak zostałam mocno zaskoczona. Fabuła bowiem nie jest lukrowa, przesłodzona, wręcz przeciwnie, sporo tu smutku, melancholii, przygnębienia, nieszczęść, trudnych momentów, zdrad, bolesnych rozstań, strat i pożegnań.

Poznajemy losy pięciu osób, którzy mają ze sobą więcej wspólnego, aniżeli mogłoby się to początkowo wydawać. Każdy z nich pragnie zacząć od nowa, zapomnieć o przykrych wydarzeniach. Wraz z upływem czasu ich losy w jakiś sposób się łączą. 

Autorka kreśli problemy, z jakimi mierzą się trzydziestolatkowie. Ukazuje jak wyglądają ich sprawy dnia codziennego, ich uczucia i przemyślenia. Przyglądamy się panującym między nimi relacjom. Ktoś kogoś kocha, miłość wygasa, a związek rozpada. Jest jeszcze dziecko, któremu trzeba pomóc zrozumieć zaistniałą sytuację. 

"(...) sami jesteśmy bohaterami swojego życia. Jakbyśmy sobie dobrze przeanalizowali nas samych, to już by był duży sukces."

Anna Łajkowska sprawiła, że losy Agaty, Jacka, Doroty, Jagody i Witka stały się mi bardzo bliskie. Bohaterowie wzbudzają mieszane uczucia. Jednym kibicowałam, drugich żałowałam, a jeszcze inni irytowali mnie. Jednak odnosiłam wrażenie, że są blisko mnie, że mimo ich wad, lubię ich, utożsamiam się z nimi. Niezaprzeczalnie dostałem sporą dawką różnorakich emocji.

Ciekawym i oryginalnym pomysłem są wtrącone pomiędzy rozdziałami wypowiedzi bohaterów na temat czytanej przez nas powieści. Nigdy w żadnej książce nie spotkałam się z takim zabiegiem literackim. Sprawia to, że dużo szerzej spoglądamy nie tylko na bohaterów, wydarzenia, sytuacje, ale i samą koncepcję książki.

Mnogość wątków i bohaterów wprowadza trochę chaosu i trzeba chwili skupienia, by w pełni zaangażować się w tę historię i się nie pogubić. Jedynie finał nie w pełni mnie usatysfakcjonował. Jedynie zabrakło mi jakiegoś bardziej zdecydowanego rozwiązania, pozamykania wątków. A może autorka planuje kontynuację? Chętnie ponownie spotkałabym się z jej bohaterami. 

"Szepty gwiazd" to mądra, wzruszająca, pełna magii Świąt Bożego Narodzenia opowieść o miłości, trudnych wyborach, bolesnych rozstaniach, radzeniu sobie po stracie, skrywanych tajemnicach, poczuciu winy, żalu, bezradności,  strachu, priorytetach, nadziei i wierze w siebie. To również książka, która pozwala zrozumieć co w życiu najważniejsze i cieszyć się z drobiazgów. Polecam serdecznie! 



Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Dragon



piątek, 8 listopada 2019

Ludzie potrafią latać - zbiór pozytywnych opwiadań


Tytuł: Ludzie potrafią latać
Praca zbiorowa: Agnieszka Lingas-Łoniewska, Małgorzata Warda, Alicja Sinicka, Magdalena Knedler, Anna Szafrańska, Anna Kasiuk, Jolanta Kosowska, Daniel Koziarski, Daniel Radziejewski, Rafał Cichowski
Wydawnictwo: Novae Res
Ilość stron: 332
Ocena: 8/10

Małe przyjemności mają wielką moc.
Spontaniczne wyjście do kina, pyszny obiad w gronie przyjaciół, długa wieczorna kąpiel czy kilka stron ulubionej książki potrafią wygłuszyć złe emocje i skutecznie poprawić nastrój. Jeżeli lubicie opowieści, które nie przytłaczają formą, inspirują optymistycznym przesłaniem i wywołują szczery uśmiech – sięgnijcie po tom „Ludzie potrafią latać”. 
Znajdziecie tu dziesięć historii, czasem nieprawdopodobnych i szalonych, czasem na pozór zupełnie zwyczajnych, które udowadniają, że życie bywa całkiem znośne, a każdą porażkę da się przekuć w początek czegoś pozytywnego. Może w tym pomóc znaleziony na plaży plecak, nieoczekiwane spotkanie w wirtualnym świecie, zaskakujący finał sportowej rywalizacji czy… różowy aligator, który ukazuje się tylko wybranym!

"Ludzie potrafią latać" to dziesięć z pozoru różnych historii, łączących w sobie radość, optymizm i pragnienie szczęścia. Zabawne, szalone, wzruszające, nieprawdopodobne, z przesłaniem, leciutkie... Jak widzicie, znajdziecie w nich dosłownie wszystko.

"Ludzie potrafią latać" - przyznajcie, że dość dziwny i intrygujący tytuł. Mi od razu skojarzył się z mitycznym Ikarem i jego nieudanym lotem. Ale potem, po głębszym zastanowieniu, pomyślałam, że może chodzić o motyle w brzuchu, które odczuwamy będąc szczęśliwymi, kochając... Czy właśnie o jaki lot i takie motyle chodzi w tej książce? Sprawdźcie koniecznie!

Ilu ludzi na świecie, tak i każdy z bohaterów pojawiających się w poszczególnych opowiadaniach posiada inną wizję szczęścia. Czytelnikowi zaś nasuwa się konkluzja, iż tak naprawdę nie potrzeba nam wiele, by być szczęśliwym. Jednak zdarza się, że nie dostrzegamy tego, co mamy lub możemy mieć choćby zaraz. Czasem wystarczy dosłownie jakiś drobiazg, miły gest czy dobre słowo. To w codzienności powinniśmy szukać szczęścia. Każde opowiadanie opatrzone zostało morałem i lekcją na życie. Chyba nie ma człowieka, który czegoś, by komuś nie zazdrościł, nie poczuł zawiści, choć raz nie powiedział: dlaczego on to ma, a ja nie? Ta antologia uczy nas, by przebaczać, cieszyć się ze szczęścia i sukcesu drugiej osoby. A przytrafiające się po drodze potknięcia warto przekuwać w coś pozytywnego, zaufać drugiemu człowiekowi, bo dobrzy ludzie naprawdę istnieją.

"(...) warto zaufać drugiemu człowiekowi, czerpać radość nawet z niepowodzeń i kochać całym sercem. W końcu jesteśmy tu ba chwilę, więc nie można zaprzepaścić szansy na szczęście. I nigdy nie można zapominać, jak to jest po prostu świetnie się bawić."

Tematyka poszczególnych opowiadań jest różnorodna i takowe wywołuje emocje oraz odczucia. Możecie spodziewać się zarówno poważniejszego wydźwięku, nuty refleksji, jak i komizmu czy humoru. 

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o okładce. Motylki znajdziemy nie tylko na niej, ale i w środku rozpoczynają każde z opowiadań. Przepiękna oprawa!

Zbiór opowiadań "Ludzie potrafią latać" dostarczył mi mnóstwo pozytywnej energii, chwil z uśmiechem na twarzy i relaksu. I co najważniejsze, przypomniał, co w życiu jest najcenniejsze oraz gdzie tego szukać. Otóż to w małych przyjemnościach i gestach trzeba upatrywać swojego szczęścia. I nie przestawać marzyć... Zamierzam się tego trzymać!





Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Novae Res


czwartek, 7 listopada 2019

Wywiad z Iwoną Banach i wyniki

W ostatnim tygodniu mogliście wypytać Iwonę Banach o co tylko chcieliście. W imieniu swoim i Czytelników bloga bardzo dziękuję Pani Iwonie, że zechciała poświęcić nam chwilę swojego czasu i odpowiedzieć na kilka pytań. 😉 A ze swojej strony mogę jeszcze dodać, iż Autorka to niebywale ciepła i skromna osoba, o czym również miałam możliwość się przekonać. Iwonko dziękuję 🤗


*Zdjęcie pochodzi z prywatnych zbiorów Autorki


Marta Potrzebka 
Co skłoniło panią do napisania tej książki? Dlaczego została pani pisarką?
Przeczytałam kiedyś cztery harlekiny po francusku i stwierdziłam, że jeżeli komuś płacą za takie teksty (były naprawdę niezbyt wymagające) to i ja chcę spróbować. Zaczęłam pisać na konkursy literackie, okazało się, że raz drugi zostałam laureatką, postanowiłam  iść w tym kierunku.
Co skłoniło mnie do napisania TEJ konkretnej książki? Internet. Poważnie, tyle się naczytałam o końcach świata i demonach, tyle widziałam dziwnych filmików, że pomyślałam, że to jest śmieszne i straszne zarazem i że warto to wykorzystać.

Anna Kacprzak 
Jak zaczęła się pani przygoda z pisaniem? Gdzie szuka pani inspiracji do powieści? 
Napisałam książkę dla żartu, tak dla siebie, ktoś powiedział mi, że warto to gdzieś wysłać. Wysłałam na konkurs dostałam wyróżnienie, potem kolejne i stwierdziłam, że dlaczego nie? Moją inspiracją wielką i nieustającą jest Internet. To co tam można znaleźć to się w głowie nie mieści…
Jakie książki lubi pani czytać? Kto jest pani ulubionym pisarzem a może się pani na nim/niej wzoruje? 
Czytam wszystko co wpadnie mi w ręce (choć nie wszystko mi się podoba) lubię i fantasy i thriller, kryminał, kocham reportaże i literaturę faktu, biografie… A UKOCHANYM moim pisarzem jest nieżyjący już Terry Pratchett i chciałabym pisać tak jak on, ale się nie da, nikt mu nie jest w stanie dorównać.

Monika Ptak 
Czytała pani jakąś powieść w obcym języku? Jeśli tak to jaką, i w jakim języku? 
Ponieważ studiowałam romanistykę (dawno temu) musiałam czytać książki po francusku i włosku i było tego całe tony, setki, o ile nie tysiące. 
Co w języku hiszpańskim sprawiało pani trudność w początkach jego nauki/poznawania?
Co do hiszpańskiego to uczyłam się go krótko i znam go słabo, to znaczy czytam po hiszpańsku, rozumiem co do mnie mówią, znam jako tako gramatykę (ale to nic dziwnego, to język romański) ale nie mówię. Bierna znajomość tak, owszem niezła, aktywna niestety nie bardzo… Największym problemem w hiszpańskim było często podobieństwo do włoskiego (tak, problemem) po prostu koszmarnie mi się myliły.

Reni An 
Gdyby została Pani bohaterką jednej ze swoich książek i to taką, która zostanie uśmiercona to jaki byłby motyw, aby się Pani pozbyć 😉?
Uśmiercenie mnie byłoby bardzo łatwe z dwóch powodów, ja nie jestem „przytulna”, nie umiem się ściskać, całować, „ochać” i „achać”, nie płaczę i nie ronię łez, wielu osobom wydaję się z tego powodu „wredna”, czyli motyw już jest. Na dodatek nie umiem się z nikim kłócić czy bronić. Jak ktoś mnie krzywdzi czy obgaduje zamykam się w sobie i nie reaguję, czyli łatwo by mnie było załatwić.

Karolina Osewska
Pisze pani komedie kryminalne, może mi Pani zatem zdradzić jaką ma Pani ulubioną komedię kryminalną czy to z literatury czy z filmowych dzieł? 
Kocham komedie kryminalne. Nie jestem za bardzo filmowa, choć „Autostopem przez Galaktykę” mogłabym oglądać codziennie, a z książek to oczywiście cały Świat Dysku” Pratchetta, ale też „Dobry Omen” Gaimana i Pratchetta to mistrzostwo, z polskich to Alek Rogoziński bo umieszcza swoje powieści w świetnym kontekście społecznym i genialnie z tego kontekstu żartuje. Dużo by jeszcze wymieniać, Iwona Mejza, Bożena Mazalik, ale… Komedia kryminalna to czasami bardziej komedia, a czasami bardziej kryminał, wolę te idące bardziej w komedie. 

Emilia Walczak 
Z jakim pisarzem lub pisarką się Pani utożsamia i mogłaby się Pani porównać? Mówimy o stylu doświadczeniach, ideałach.
Niestety z żadnym choć bardzo bym chciała, jak niektórych czytam, to aż mi szkoda, że ja tak nie potrafię. Kiedyś chciałam pisać jak Maria Nurowska w pierwszych swoich książkach (zdarza mi się popełnić coś poważniejszego niż tylko komedie), ale to są marzenia ściętej głowy, a ideały. Hmmm. Czy w dobie wszechobecnego i wszystko wyszydzającego internetu jeszcze istnieją? Już samo bycie porządnym człowiekiem jest czymś wielkim...
Największe Pani marzenie?
Dobry wydawca. Poważnie. W tej chwili chyba się spełniło, bo DRAGON naprawdę się stara. Dlaczego akurat to marzenie? Bo jak jest dobre wydawnictwo, to wszystko idzie lepiej, ludzie czytają książki, autor coś tam zarabia i można wtedy marzyć :)

Klaudia Kowalczyk 
Gdyby miała Pani możliwość napisania swojego życia od nowa. Jakim gatunkiem literackim by ono było i bez jakich elementów nie mogłoby ono istnieć? 
Niestety nie byłaby to komedia ani romans, niewiele bym zmieniła bo… Wszystko związane jest z moją córką. Jej niepełnosprawność zmieniła moje życie, a jej bym nie zamieniła na nic i nigdy, ale… Nie była by to też jakaś straszna tragedia czy dramat. Powiem szczerze, że to byłoby nudne czytadło z dużą ilością podróży, dziwnych ludzi - zresztą zależy na czym bym się skupiła.

Alicja Czarnota-Gremplewski
Wiem że piszesz, tłumaczysz, gotujesz, robisz na drutach i szydełkujesz. Jednak czy umiałabyś zrobić ilustracje do swojej książki? 
Niestety zawsze chciałam nauczyć się rysować, malować, czy w ogóle kształcić się w tym kierunku, ale nic z tego nie wyszło.

Anna Staszczak 
Iwona, napisałaś niesamowitą książkę "Maski zła", czy można spodziewać się dalszego ciągu? 
Dalsza część jest już w mojej głowie, problem w tym, żeby to napisać. Trochę boję się wchodzić w ten świat, nie jest specjalnie miły.

Anna Krasnodębska 
Jak daleko powinien leżeć trup od denata??? 🤔😁
Jak najdalej oczywiście, żeby nie było jakiegoś mordu zbiorowego.

Agnieszka Wojcieszek
Skąd pomysł na taki tytuł książki? 
Poprzednia moja książka wydana w innym wydawnictwie od wydawcy dostała tytuł „Pewnej zimy nad morzem” i mimo iż jest komedią kryminalną ludzie omijają ją myśląc, że to romans, a lubiący romanse po przeczytaniu są poważnie zawiedzeni, czemu się wcale nie dziwię, chciałam więc wybrać tytuł jednoznacznie śmieszny, jednoznacznie kryminalny i pokazujący, że powagi w tym nie będzie. 
Czy jest jakaś książka w Pani szufladzie, napisana dawno ale ukryta przed dziennym światłem? 😉
O tak nawet kilka z czego jedna fantasy, jest tak KOSZMARNIE napisana, że jak ją ostatnio przeglądałam o mało nie padłam na zawał. Trzymam ją ku przestrodze dla siebie samej :)

Kinga Salamon
Co skłoniło Panią do wyboru zawodu nauczyciela? (pytam, ponieważ również jestem nauczycielem 😁)
Nie wiem co mnie do tego skłoniło, ale to nie był dobry wybór, ani dla mnie ani dla uczniów. Ja uczyć umiem i nawet lubię (w pewnych okolicznościach), ale jestem naiwna jak dziecko, nie liczę babć, które uczniowie pochowali żeby nie przyjść na lekcje, nie umiem stawiać jedynek, bo mi szkoda dzieciaków, nie umiem się wściec, za dużo od siebie wymagam, za mało od uczniów. Jestem sierotą, jeżeli stanę przed klasą, a klasa natychmiast to wyczuwa.
Jakie danie chciałaby Pani przygotować dla swojego największego wroga, jeśli miałby to być ostatni posiłek w jego życiu?
Danie, to nie, ale gdybym miała wroga, takiego porządnego, któremu chciałabym coś zrobić, to zrobiłabym prawo jazdy i przewiozła go po mieście, osiwiałby na pewno. Zawału też mógłby dostać.
Jakiego gatunku literackiego Pani nie trawi, nie znosi? 
Nie lubię romansów i erotyków, ale nie tak jakoś bardzo. Po prostu ich nie czytam.

Zuzanna Arczyńska
Wyobraź sobie, że masz przetłumaczyć własne książki na języki obce i uwzględnić komizm sytuacyjny i słowny. Która w Twoich książek byłaby najłatwiejsza, a która najtrudniejsza do przełożenia i dlaczego? 
Nie wiem czy dałabym radę bo wolę tłumaczyć z francuskiego, włoskiego NA polski. Dobre tłumaczenie powinien robić ktoś kto w kulturze danego języka siedzi z „kościami i sercem”, ale gdyby ktoś miał tłumaczyć, to „Klątwa utopców” byłaby chyba najtrudniejsza ze względu na określenia gwarowe, a najłatwiejsza chyba „Maski Zła” bo to jest jakoś najbardziej uniwersalne.

Ewa Całuch
Co pociąga Panią w pisaniu komedii kryminalnych? 
Jestem dość depresyjną osobą, hipochondryczką w każdym calu, potrafię w pięć sekund wymyślić katastrofę (i wziąć ją na poważnie), sytuacje życiowe też nie nastrajają mnie zbyt wesoło więc kiedy wymyślam taki zabawny, wesoły, zgryźliwy, ale i śmieszny świat odpoczywam od swojego. 
W czym odnajduje Pani szczęście? 
Chyba najtrudniejsze pytanie ze wszystkich. Lubię życie. Pisanie, tłumaczenia (to uwielbiam). Drobne przyjemności czytelnicze. Gotowanie… Staram się jakoś być szczęśliwa, choć nie jest to stan dla mnie naturalny, czego żałuję.
Jakie książki Pani czyta. Czy są to książki z rodzaju tych, które sama Pani pisze, czy zupełnie inne? 
U mnie czytanie jest czymś w rodzaju zaspokajania głodu. Czasami nachodzi mnie głód na reportaż, czasami na książkę popularnonaukową, niekiedy mam „napad” na książki młodzieżowe. Komedie oczywiście też czytam bo nie da się pisać bez czytania. Staram się pisać zupełnie inaczej niż inni autorzy w tym gatunku, ale żeby być innym, trzeba wiedzieć jacy są oni. I przyznam, że czasami aż mnie skręca z zazdrości, bo niektórzy są naprawdę świetni!

Magda Zeta
Czy więcej czasu spędza Pani na pisaniu swoich książek czy czytaniu książek innych autorów? 
Najwięcej na tłumaczeniach bo zawsze jest wymóg oddania tekstu na czas, potem na czytaniu, a na koniec na pisaniu, ale czytam tylko wieczorami, więc to się jakoś równoważy.

Lidia Aleksandra Ciopala
Skąd pomysł na tytuł? Przecież trup i denat to jest to samo. 
Bardzo często czytam nagłówki rożnych artykułów i po prostu bywała koszmarne i zwodnicze, żeby nie powiedzieć durne. Z jednej strony chciałam właśnie taki tytuł jak z tabloidu w stylu „Kosmici porwali mi męża”, a z drugiej Paweł  z książki, który jest dziennikarzem właśnie tak pisze… I on to wymyślił, nie ja (to znaczy ja, jeszcze nie zwariowałam), ale jakoś tak mi przypasowało.

Agnieszka Ewelina Rowka
Najbardziej najśmieszniejszy żart o śmierci?
O śmierci? Bałabym się żartować. Ja żartuję raczej z głupoty. Gdzieś ktoś mi zarzucił, że śmieję się z trupa z oderwaną głową, otóż nie, żaden z moich nie miał oderwanej głowy i śmieszne było tylko to co dookoła, a nie sama śmierć. 
Czy uśmierca Pani w swoich książkach kogoś ze swojego otoczenia?
W tym względzie jestem przesądna, nikogo kto istnieje naprawdę nie tknę piórem w ten okrutny sposób. Nigdy w życiu.
Pisanie w duecie: z kim i dlaczego albo dlaczego nie?
I tak i nie. Ostatnio Marcin Pałasz wymyślił takie cudo i stwierdził, że moglibyśmy coś takiego razem napisać. Kusi bardzo bo on jest genialny i niesamowicie inteligentny w tym co wymyśla, ale nie wiem czy umiałabym się dostosować.

Aleksandra Miczek 
Z jednej strony doskonałe książki obyczajowe, z drugiej niezłe i niepozbawione dobrego humoru kryminały. Które z tych gatunków tworzy się Pani sprawniej i łatwiej?
To jest pokrętne. Otóż łatwiej (choć trudniej) komedie, łatwiej bo nie wpadam w depresyjne klimaty, trudniej, bo rozśmieszanie jest trudne i nie każdy ma to samo poczucie humoru narażam się więc na to, że pewna część ludzi po prostu książki nie doceni. 
Obyczajowe to znowu te ciężkie klimaty. Mam w domu pod opieką dwie chore, niesprawne osoby, a więc bywa niewesoło, jeżeli jeszcze wejdę z głową w jakiś psychologiczny koszmar to się powieszę, a nie mam na to ochoty. Staram się jakoś rozweselać sobie życie.
Na jaki temat nie chciałaby Pani napisać książki i dlaczego?
Nie ma chyba takiego tematu, choć nie napiszę romansu i erotyku (nawet gdyby mi płacili jak za zboże).  Nie napisałabym komedii, w której wyśmiewałabym poważne sprawy (przemoc, także wobec zwierząt, niepełnosprawność, pedofilię, czy wiarę) ani książki poważnej, w której największym problemem bohaterki jest wybór koloru szminki.

Sza! Teraz czytam: 
Iwono, i na koniec jedno pytanie ode mnie, bo bardzo mnie to nurtuje. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że jesteś wychowawcą, pedagogiem, a ściślej rzecz ujmując osobą, która zajmuje się kimś, kto ma problemy z prawem. Ale powiedziałaś wówczas, że nie wierzysz w resocjalizację, masz za miękkie serce i zbyt dużo w życiu widziałaś. Osobiście chętnie przeczytałabym książkę oscylującą wokół tematyki resocjalizacji. Taki bohater z trudnym charakterem, i próba wyprowadzenia go na ludzi... Czy podjęłabyś się napisania takiej powieści? 
Tak to fakt, skończyłam resocjalizację jako drugi kierunek i pracowałam w zakładzie wychowawczym dlatego w resocjalizację nie wierzę. Owszem jeżeli przestępstwo nie jest wynikiem demoralizacji, a sytuacji to są szanse, że ktoś taki jeszcze jakoś z tego wyjdzie, ale jeżeli dostanie się do zakładu to tam się zdemoralizuje totalnie (takie jest moje zdanie, nie jestem ekspertem). Jeżeli natomiast mamy dzieciaka, który podziwia, kocha zbrodnię i uważa ją za sposób na życie, to nie ma sensu czegokolwiek nawet próbować. Książka na ten temat? Nigdy o tym nie myślałam. Nie wiem, czy to by było ciekawe, nie wiem czy bym umiała, ale to jest bardzo nośny temat, gdyby napisał to ktoś z podejściem… To kto wie?

Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym przeczytać taką powieść, o tym wszystkim, co wspominasz w odpowiedzi do mojego pytania. Komedia kryminalna w Twoim wykonaniu jest rewelacyjna!, ale gorąco namawiam na spróbowanie swoich sił w czymś innym. Życzę samych sukcesów, nieskończenie kryminalnych pomysłów na nowe książki. I jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas 😊

*Zdjęcie pochodzi z prywatnych zbiorów Autorki


"Niedaleko pada trup od denata" trafia do Kingi Salamon. Laureatce serdecznie gratuluję 🎉 i proszę o podanie danych adresowych na e-maila: iza.81@o2.pl lub poprzez wiadomość na fb.


Zachęcam także do polubienia strony autorskiej Iwony Banach i Wydawnictwa Dragon




Do zaczytania 🤗 
Iza


środa, 6 listopada 2019

Zagubieni - Adriana Rak [Premierowo]


Tytuł: Zagubieni
Autor: Adriana Rak
Wydawnictwo: WasPos
Ilość stron: 284
Ocena: 9/10

Tamara jest dwudziestoczteroletnią samotną matką, mieszkającą w Gdańsku wraz ze swoim ukochanym synkiem oraz rodzicami. Jej ojciec jest alkoholikiem, który skutecznie niszczy porządek rodzinny. Młoda kobieta żyje z dnia na dzień i całą swoją uwagę skupia na wychowywaniu dziecka i pracy w jednym z popularnych marketów. Kiedy pewnego kwietniowego dnia dowiaduje się, że za kilka tygodni straci pracę, cały jej dotychczasowy świat wali się w posadach, bo jest jedyną pracującą osobą w rodzinie. Tamara jest zrozpaczona i nie widzi już żadnej nadziei na lepsze jutro, a przecież jeszcze niedawno miała w głowie tyle ciekawych planów…
Alexander to trzydziestoletni biznesmen, który z pomocą swoich rodziców wychowuje siedmioletniego syna. Od kilku miesięcy jest dziedzicem ogromnej rodzinnej fortuny, której jego najbliżsi dorobili się na produkcji i sprzedaży mebli. Mężczyzna daje się poznać jako niezwykle przedsiębiorczy rekin biznesu, który z rozwagą zarządza majątkiem. Jedną z jego nowych inwestycji jest budowa polskiej filii ich meblarskiego imperium, która powstanie w Gdańsku - mieście, w którym zazna nie tylko szczęścia w życiu zawodowym, ale także osobistym…
Ich wspólna historia rozpoczyna się pewnej nocy, kiedy Alexander odpowiada na ogłoszenie Tamary, w którym kobieta opisuje siebie jako chętną do zawarcia znajomości z dojrzałym mężczyzną. Już od pierwszych chwil nawiązują oni ze sobą nić porozumienia, a po kilku kolejnych tygodniach, w czasie których ich kontakt pogłębia się, spostrzegają, że… są sobie przeznaczeni. Jak to jednak bywa w życiu, okrutny los w dość szybkim czasie przypomni im o sobie, serwując coś, na co żadne z nich nie jest gotowe - rozłąkę…

"Moja obecna sytuacja i brak pewności siebie sprawiały, że już dawno przestałam wierzyć w prawdziwą miłość, w uczucie, które w bezinteresowny sposób potrafi połączyć kobietę i mężczyznę."

Zacznę od tego, że nie sposób nie zapałać sympatią do głównych bohaterów. Aleksander z miejsca chwycił mnie za serce. Mimo iż jest majętny, nie obnosi się ze swoim bogactwem. A to, w jaki sposób traktuje Tamarę - jego zainteresowanie, uwaga, czułość, szacunek... Która kobieta nie chciałaby takiego faceta u boku? Ich relacja oparta jest na szczerości, a to najważniejsze, by móc zbudować coś trwałego.

"Byłam jak dziecko pragnące tylko tych kilku najważniejszych rzeczy: bliskości, uwagi i... miłości. Tylko tyle, a zarazem aż tyle."

Bardzo podobały mi się wiadomości, jakie ze sobą wymieniali bohaterowie na jednym z portali randkowych. Początkowo zachowawcze, później nabierające pikanterii i humoru, ale co najważniejsze szczere. Powtarzam się z tą szczerością już kolejny raz, ale jeśli miałabym tę historię opisać i relacje między Olkiem a Tamarą jednym słowem, byłaby to właśnie szczerość. To niekiedy rzadkość w prawdziwym świecie, gdzie każdy nakłada jakieś maski, stwarza pozory, udaje kogoś, kim nie jest.

Istotnym wątkiem, którego nie mogę pominąć jest problem alkoholizmu ojca Tamary. Autorka ukazała wpływ destrukcyjnego nałogu na całą rodzinę. Często nie jest to tylko picie jako picie, ale dochodzi również do przemocy psychicznej i fizycznej. Może dziwić bierna podstawa matki Tamary, że nie robi nic, aby zapanował spokój i normalność. Tym bardziej, że jest jeszcze małe dziecko, które wychowuje się w takich warunkach. Co kieruje kobietą? Strach, przyzwyczajenie, wstyd, przysięga małżeńska? Ale nie nam to oceniać, bo przecież każdy z nas jest inny i każdy zachowałby się inaczej. Ważne jest to, by nie przymykać oczu na krzywdę drugiego człowieka, spróbować mu pomóc.

Lektura "Zagubionych" jest niejako motorem napędzającym do działania, do niepozostawania biernym, dodająca odwagi ku temu, by zmienić coś w naszym życiu na lepsze. 

Adrianę Rak wyróżnia niebywała lekkość pióra. To, w jaki sposób ubiera myśli i uczucia w słowa, kolejny raz mnie urzekło. Mimo poruszanych trudnych tematów, potrafi podać je w bardzo przystępnej formie. Jej książki wręcz się połyka! Czyta się za jednym posiedzeniem. 😉 

"Zagubieni" to wzruszająca, bolesna i prawdziwa opowieść o pięknej, szczerej miłości. To historia, która udowadnia, że prawdziwe uczucie można znaleźć wszędzie i tylko od nas zależy czy o nie zawalczymy czy też nie. To książka skrząca nadzieją na lepsze jutro i pozwalająca wierzyć, że gdzieś tam jest nasz książę w zbroi na białym koniu...




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu WasPos


poniedziałek, 4 listopada 2019

Rhys - Agnieszka Siepielska [Zapowiedź i fragment powieści]



Już 13 września 2019 r. premiera powieści "Rhys" Agnieszki Siepielskiej, która ukarze się nakładem Wydawnictwa NieZwykłego. Mam dla Was opis i trzy pierwsze rozdziały książki.

~~~

Niebezpieczni mężczyźni, mafia i zło, które czyha za każdym rogiem.
Dwudziestoczteroletnia Viviana Thomson pracuje w luksusowym sklepie z odzieżą męską. Pewnego dnia dowiaduje się, że jeden z klientów otrzymał inne garnitury, niż te, które zamawiał, a teraz domaga się, by osobiście dostarczono mu właściwe. Mimo że Viviana nie jest odpowiedzialna za tę pomyłkę, zgadza się pojechać do domu mężczyzny.
Rhys Miller jest szanowanym i niezwykle przystojnym milionerem. Lubi, gdy wszystko idzie po jego myśli, i stara się wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, żeby ugrać coś, na czym mu zależy. Dostarczenie niewłaściwego zamówienia pozwala mu więc wprowadzić w życie plan, który zaczął sobie układać jakiś czas temu. Kiedy w swoim domu widzi Vivianę, ma już pewność, że podjął właściwą decyzję.
Dziewczyna nie ma pojęcia o tym, że właśnie trafiła prosto do jaskini lwa.
Rhys to pierwsza część serii „Synowie Zemsty” o mafijnej rodzinie Valenti. Bohaterowie tej powieści zmagają się z piętnem przeszłości i skrywają wiele tajemnic. Kiedy te ujrzą światło.





ROZDZIAŁ 1
VIVIANA

Zmęczona, z obolałymi po całym dniu pracy nogami, wysiadam z zatłoczonego autobusu. Skręcam w lewo, w długą ulicę z dwoma rzędami domków jednorodzinnych, co oznacza, że zostaje mi jakieś trzysta metrów do celu. Resztkami sił witam się z sąsiadkami, które podlewają wysuszone kwiaty. W międzyczasie z obrzydzeniem odklejam od ciała cienki materiał białej bluzki przesiąkniętej potem faceta, który przez niemal całą drogę przylegał do mnie potężnym ciałem. Jest środek lipca, więc nic dziwnego, że na zewnątrz panuje ukrop, lecz po kolejnym dniu sprzedawania garniturów bogatym, wybrednym dupkom jestem padnięta, a półgodzinna jazda autobusem bez klimatyzacji nie była dobrym pomysłem.
Idąc trawnikiem, docieram do brązowego budynku. Otworzywszy drzwi, natychmiast wyczuwam zapach smażonej ryby. Kieruję się do kuchni, gdzie opadam na krzesło znajdujące się przy ścianie, a następnie zsuwam z ramienia pasek torebki, którą stawiam na podłodze. Dysząc jak parowóz, obserwuję małą, siwą kobietę w różowym fartuszku, krzątającą się przy garnkach.
– Tobie też dzień dobry, wnusiu – oznajmia, nie patrząc w moją stronę i czyniąc tym samym aluzję do niegrzecznego wejścia.
Kiedy nie odpowiadam, zerka przez ramię, a na jej twarzy maluje się zrozumienie. Nalewa do szklanki trochę soku pomarańczowego prosto z lodówki, po czym podaje mi ją. Duszkiem opróżniam całą zawartość, ciesząc się z chłodu rozchodzącego się po moim wnętrzu.
No, teraz mogę się przywitać.
– Dzień dobry, babciu – odpowiadam.
– Opowiadaj, jak było w pracy – mówi, wracając do przygotowywania posiłku.
Codziennie dzieje się to samo, ale to nasz rytuał, zatem zdaję relację. Obecna posada podoba mi się o wiele bardziej niż poprzednie. Otrzymałam ją dzięki babci, ponieważ jedna z jej przyjaciółek jest mamą kierowniczki. W innym przypadku trudno byłoby się dostać do salonu, gdzie wartość wszystkich garniturów, koszul oraz dodatków można oszacować na kwotę przyprawiającą zwykłego śmiertelnika o zawrót głowy.
– A gdzie jest mama? – pytam.
– Ach! Co może robić nasza księżniczka? Była bardzo zmęczona, więc poszła się położyć. – Babcia kręci głową z rozczarowaniem.
– A co takiego ją dziś zmęczyło? Czytanie gazety, oglądanie telewizji czy psioczenie na dawcę spermy?
– Chyba wszystko naraz. – Wzdycha, a następnie odwraca się do mnie. – Dobra, młoda damo. Zabieraj swój gruby zadek i odśwież się, bo kolacja prawie gotowa.
Jak zawsze to samo. Znając moje kompleksy, czyli za duże piersi oraz nieco zbyt krągły tyłek, babunia nie może się powstrzymać. Zazwyczaj się odgryzam, lecz dzisiaj nie mam siły na przekomarzanie się.
Wstaję, zakładając torebkę na ramię, po czym wchodzę po schodach.
– Cholera jasna! – psioczę, potykając się o jeden ze stopni.
– Viviano Anne Thomson! – krzyczy babcia. – Ile razy, do cholery, mam powtarzać, że w tym domu nie przeklinamy?
Chichocząc, kontynuuję wędrówkę. Mijam drzwi sypialni babci oraz mamy, by w końcu wkroczyć do swojego nudnego królestwa. W małym pokoju zmieściło się zaledwie kilka białych mebli – szafa, biurko i łóżko. Ściany pokrywa delikatny odcień szarości, a dopełnienie całości stanowią fioletowe zasłony oraz poduchy, a także purpurowy dywan. Może jestem marną projektantką, ale tak naprawdę tutaj tylko śpię. Skończywszy się rozglądać, sięgam po bieliznę, luźne szorty i top, a następnie idę pod prysznic.

***

Odświeżona zbiegam po schodach. Już w połowie drogi słyszę narzekanie mamy, która na okrągło wałkuje ten sam temat. Temat mojego ojca. Otóż dwadzieścia trzy lata temu, po jednonocnej przygodzie, mamusia była przekonana, iż spotkała miłość swojego życia. Szybko jednak wyszło na jaw, że facet był żonaty i miał rocznego syna. Kiedy okazało się, że zaszła w ciążę (nie zdziwiłoby mnie, gdyby to było zaplanowane), myślała, że mężczyzna zostawi dla niej rodzinę. Niestety, dawca spermy rzucił kobiecie pieniądze na aborcję, a następnie zniknął. Ale po co usuwać ciążę, skoro można zarobić na niej jeszcze więcej? Tym oto sposobem na konto Emilii Thomson wpływa co miesiąc spora sumka w zamian za milczenie. Nie mam pojęcia, ile dokładnie ona wynosi, lecz nigdy nie zobaczyłam ani centa. Nie wiem, kim jest najdroższy tatuś, i nie chcę wiedzieć. Mam to gdzieś.
Podczas gdy mama od zawsze imprezowała ze znajomymi, trwoniła pieniądze oraz narzekała, że mój ojciec za mało jej płaci, mnie wychowywała babcia. Wszystko, co osiągnęłam i czego się w życiu nauczyłam, zawdzięczam właśnie Helen Thomson. Po ukończeniu szkoły średniej nawet nie marzyłam o studiach, ponieważ staruszka zaczęła wtedy chorować na serce, natomiast leki okazały się bardzo drogie. Nadeszła więc pora, abym się odwdzięczyła. Zaczęłam pracę jako konsultantka telefoniczna, a potem dostałam etat w spożywczym. Oprócz tego wyprowadzałam psy, roznosiłam ulotki, aż w końcu trafiłam do salonu mody męskiej.
Mój dziadek, George Thomson, zniknął z życia babci, zanim się urodziłam. Właściwie to Helen wykopała go z domu po kolejnej, urządzonej przez niego pijackiej awanturze. Podsumowując, mężczyźni to zło. Doświadczenia mamy oraz babci wyraźnie pokazują, iż związki w mojej rodzinie są z góry skazane na porażkę, dlatego nigdy, przenigdy nie zamierzam się w takowy angażować.
– Mogłabyś przestać narzekać i wziąć się wreszcie do roboty, a nie żerować na… – Helen ucina zdanie, kiedy wchodzę do kuchni.
– Witaj, mamo – mruczę, siadając na swoim miejscu, naprzeciw rodzicielki. Ta, najwidoczniej obrażona, wierci się nerwowo, poprawiając farbowane, kasztanowe włosy, obcięte na klasycznego boba.
Nakładam na talerz kawałek ryby oraz sałatkę, dostrzegając wpatrujące się we mnie piwne oczy. Postanawiam poświęcić mamie nieco uwagi i spoglądam na nią wyczekująco. Wiem,
czego chce.
– Vivi, potrzebuję pieniędzy.
No proszę, prosto z mostu.
– Ile? – pytam oschle.
– Pięćset dolarów.
Ona ma chyba nierówno pod sufitem.
– Nie mam.
– Jak to? Pracujesz i nie masz pieniędzy?
Z gardła babci wydobywa się dźwięk, jakby chciała coś powiedzieć. Chwyciwszy pomarszczoną dłoń, ściskam ją, żeby Helen się uspokoiła, choć mnie samą szlag trafia.
– Wiesz co? – zwracam się do matki i córki roku. – Zdradzę ci pewien sekret. W każdym gospodarstwie domowym istnieje coś takiego jak rachunki. Ja je płacę, a babcia praktycznie całą swoją emeryturę przeznacza na leki. Kupujemy też jedzenie – tłumaczę, czekając na reakcję.
Emilia Thomson za każdym razem zachowuje się tak samo, a ta sytuacja nie należy do wyjątków – wydyma różowe usta, wstaje i bez słowa wychodzi. Po chwili słychać jej kroki na schodach, a my w spokoju możemy zabrać się za posiłek.
Po kolacji zmywam naczynia i oglądam z Helen telewizję, po czym zmykam do łóżka. Zasypiając, cieszę się, że ten dzień w babińcu – jak określam nasz dom – dobiegł końca. Mama jak zwykle doprowadziła babcię do takiego stanu, że bez mojej pomocy kobieta nie byłaby w stanie wejść na piętro, choć uparcie powtarza, iż nic jej nie dolega. Przysięgam, że kiedyś wykopię Emilię za drzwi. Matka czy nie, niech spada, by szukać następnej ofiary.

ROZDZIAŁ 2
VIVIANA

Budzę się przed świtem. Po porannej toalecie zakładam dres i zbiegam do pralni nastawić automat. Następnie ogarniam dom, popijając w międzyczasie zaparzoną wcześniej kawę. Staram się zrobić jak najwięcej, zanim wstanie babcia. Ta uparta kobieta dosłownie ze wszystkim chciałaby sobie radzić sama, a potem ledwo oddycha. Oczywiście księżniczka Emilia zamiast pomóc w porządkach, piłuje paznokcie, planując kolejny wypad ze znajomymi. Ach! Brak mi słów na nią.
Widzę, że pranie jest już suche, więc składam ubrania, po czym wkładam je do kosza.
– Vivi! – woła babcia, kiedy kończę robotę. – Viviana!
– Już idę!
Po stromych schodkach z surowego drewna wchodzę wprost do kuchni. Opieram się o framugę i krzyżuję ramiona na klatce piersiowej, przyglądając się małej, wkurzonej Helen, która siedzi przy stole, nerwowo stukając palcami o blat oraz gromiąc mnie wzrokiem.
– Po co jeszcze przed pracą się męczysz, co? – warczy.
– Żeby pewna staruszka nie skręciła sobie karku, wiesz?
– Po pierwsze, czy ja wyglądam na obłożnie chorą? – pyta urażona. – Po drugie, co mam robić przez cały dzień?
– Nie wiem, babciu. Może pooglądaj telewizję albo idź do sąsiadki na kawę?
– Zastanawiam się, skąd bierzesz te mądrości. Chyba z tego dużego tyłka.
Wiedziałam! Musi mi wiecznie dogryzać.
Wpatruję się w nią z udawaną złością. W zielonych oczach, takich samych jak moje, tańczą chochliki. Nic nie poradzę, że nie potrafię się na nią gniewać. Takie już jesteśmy. Dwie samotne baby, które mają swój mały zwariowany świat i nie mogą bez siebie żyć.
– Ty… szkapo jedna – odpowiadam, po czym idę na górę, uśmiechając się pod nosem.
Zakładam bieliznę, spodnie w kolorze chabrowym oraz białą bluzkę. Ten zestaw, wraz z żakietem, jest moim strojem roboczym. Zrobiwszy delikatny makijaż, zjadam wmuszonego przez babcię rogalika i wypijam zaparzoną przez nią kawę. Cmokam Helen w policzek, po czym zbieram się do wyjścia.
W przedpokoju zerkam na swoje odbicie w lustrze, przygładzając sięgające do połowy pleców włosy – jedyną rzecz w wyglądzie, z której jestem dumna. Niektóre kobiety płacą krocie, aby uzyskać taki efekt. Długie pasma są niby brązowe, ale w rzeczywistości można dostrzec kilka odcieni. Kiedy chodziłam do szkoły, babcia była czasem wzywana do dyrektora, który pytał, dlaczego pozwala dziecku robić sobie pasemka.

***

Wysiadam z autobusu, mijam jedną przecznicę, po czym wchodzę na teren wielkiego centrum handlowego. Nie jest to jeden, zamknięty budynek, lecz wiele mieszczących się obok siebie luksusowych sklepów, a także punktów usługowych oraz gastronomicznych, do których wchodzi się z zewnątrz. Szklanym, wypolerowanym na błysk witrynom przyglądają się już pierwsi potencjalni klienci. Przepych i elegancja aż biją po oczach. Tylko te ceny… Panie, zlituj się.
Mijam jubilera, a następnie kawiarnię, witając się z pracującymi tam dziewczynami skinieniem głowy, aż w końcu przekraczam próg salonu z modą męską. Stukot czarnych szpilek odbija się echem, gdy przechodzę obok stanowisk kasjerek, kolejnych rzędów wieszaków z garniturami oraz koszulami, a także działu z obrzydliwie kosztownymi dodatkami. Kieruję się do ostatnich drzwi i wkraczam do pomieszczenia dla obsługi, gdzie przy małym stole siedzi moja szefowa. Jest sporo starsza od swoich pracownic, lecz upiera się, by mówić jej po imieniu. Na pierwszy rzut oka może się wydawać zołzą – wszystko za sprawą zbytniej powagi malującej się na twarzy. Jednak nic bardziej mylnego. Oczywiście potrafi nas czasem ochrzanić, ale prywatnie jest aniołem.
– Dzień dobry, Beth – witam ją z uśmiechem.
Zerknąwszy na mnie znad lusterka, odpowiada, gładząc swoje, i tak już idealnie wymodelowane, blond włosy. Zamieniamy kilka słów, a następnie biorę się do pracy.
Przez dwie godziny nic się nie dzieje. Snuję się po sklepie, poprawiając perfekcyjnie złożone ubrania. Kolejne dwie godziny poświęcam klientowi, a właściwie wybrednemu małżeństwu w średnim wieku. Mężczyzna przymierza chyba dziesięć sprowadzonych prosto z Włoch garniturów, z których żaden mu nie pasuje, choć każdy leży na nim idealnie. W końcu rezygnuje z zakupu. Następnie dwoje młodych ludzi decyduje się przejrzeć spinki do mankietów. Wyjmuję dosłownie wszystkie po kolei, tylko po to, żeby słuchać kolejnej fali narzekań. Przyklejam profesjonalny uśmiech, starając się powstrzymać od złośliwego komentarza, gdy kobieta rzuca kosztowności na szklany blat.
Kiedy nieszczęsna para opuszcza sklep, jestem wykończona psychicznie. Ogarniam bałagan pozostały po wizycie i z radością odkrywam, iż nadeszła pora lunchu.
Informuję koleżanki, że wychodzę na przerwę, po czym idę na zaplecze po torebkę. Nagle podbiega do mnie zdenerwowana, zdyszana Beth.
– Vivi, mam ogromną prośbę.
– Co się stało? – pytam, marszcząc brwi.
– Dziewczyny z magazynu przez przypadek dostarczyły prywatnemu klientowi niewłaściwe zamówienie – tłumaczy, robiąc minę zbitego psa. – Potrzebuję twojej pomocy, ponieważ facet chce, aby ktoś osobiście przywiózł odpowiednie.
– Mam jechać do domu jakiegoś wkurzonego gościa?
Szefowa spogląda na mnie błagalnie, składając dłonie jak do modlitwy.
Oczywiście nie mogą jechać winowajczynie. Pewnie! Trzeba wypchnąć biedną Vivi.
– Jest jeden plus, przyjedzie po ciebie kierowca – oświadcza, zapewne mając nadzieję, że się zgodzę.
– Nie może po prostu zabrać tych garniturów? – Ogarnia mnie panika.
Co, jeśli trafię na jakiegoś furiata i w myśl zasady „klient nasz pan” będę musiała pokornie
wysłuchiwać, Bóg wie czego? Albo skończę… Nie, nawet nie chcę o tym myśleć!
– Wymaga, by pracownik przywiózł je osobiście – szepcze zrezygnowana Beth.
– Dobra. – Wzdycham.
Wchodzimy do magazynu. Biorę pięć pokrowców, które wskazuje rozluźniona szefowa.
– To nowy klient, Rhys Miller – oznajmia. – W ramach rekompensaty zaproponuj, żeby wybrał coś z naszej oferty za darmo.
Wychodzę z budynku, mijając zaparkowaną przed wejściem limuzynę, i rozglądam się w poszukiwaniu mojego środka transportu.
Świetnie! Skąd mam wiedzieć, jaki samochód podjedzie?
– Panienko! – woła mężczyzna wysiadający z limuzyny. – Zdaje się, że panienka na mnie czeka. Mam na imię Aleksander i zawiozę panienkę do pana Millera. Proszę pozwolić, że przejmę pokrowce.
Nazwisko klienta się zgadza, zatem podaję ubrania, po czym wsiadam do pojazdu. Szofer proponuje, abym włączyła światło w górnym panelu, co wydaje mi się nieco dziwne. Jednak kiedy ruszamy, rozumiem już, dlaczego powinnam to zrobić. Dookoła zaczynają się unosić przyciemniane szyby i zapada ciemność. Nic nie widzę, więc po omacku szukam włącznika wskazanego przez mężczyznę. Gdy go znajduję, w końcu nastaje jasność.
Siedzę skrępowana, omiatając wzrokiem wnętrze oraz zaciskając dłonie na brzegach obitego kremową skórą siedzenia. Im więcej czasu mija, tym intensywniej się zastanawiam, w co dałam się wrobić. Zdenerwowanie bierze górę i obmyślam wszelkie drastyczne scenariusze. Co, jeśli facet wywiezie mnie na jakieś odludzie, a potem zabije? O Boże, wtedy babcia będzie skazana na moją matkę! Jak ona sobie poradzi?
Po długiej, okupionej psychiczną udręką drodze, limuzyna wreszcie się zatrzymuje. Gdy kierowca otwiera drzwi, wysiadam, a następnie się rozglądam. Najwyraźniej jestem w jakimś garażu.
– Nareszcie! – wykrzykuje zmierzający w naszym kierunku szatyn o jasnoniebieskich oczach.
Od razu zauważam, że jego garnitur pochodzi z naszej oferty. Podchodzi i natychmiast odbiera od kierowcy przesyłkę, zerkając na mnie w taki sposób, jakby chciał udzielić reprymendy.
Miałam rację. Przyjechałam zbierać baty.
– Chodź, kochana. Będziesz się tłumaczyć. – Odwraca się, pstryka palcami, po czym rusza przed siebie.
Czy on właśnie pstryknął na mnie palcami?!
Przez chwilę stoję w miejscu zszokowana. Kiedy dochodzę do siebie, mrużę oczy ze złości.
– Dwa razy nie będę powtarzał – mówi, nie zatrzymując się.
Pośpiesznie maszeruję za nim.
Przez mahoniowe drzwi wchodzimy w korytarz, którym skręcamy w lewo, a potem idziemy schodami na górę. Następny długi korytarz prowadzi do takich samych drzwi, przy których stoi dwóch potężnych mężczyzn w czerni. To jakaś forteca czy co? Jeden z nich wpuszcza nas do pomieszczenia przypominającego salon. Zauważam tylko tyle, że ściany są częściowo zdobione ciemnym drewnem, a jedna jest całkowicie przeszklona. Idziemy prosto, wchodzimy po trzech stopniach i znów skręcamy w lewo. W końcu wkraczamy do ogromnej garderoby.
Ze zdumieniem patrzę na sięgające od podłogi do sufitu szafy, zapchane butami oraz rzędami wieszaków z ubraniami. W tym czasie facet wypakowuje garnitury, po czym uważnie im się przygląda.
– Teraz dostarczono odpowiednie. Masz szczęście – mruczy.
– To nie była moja pomyłka. Jeśli można, pójdę już. – Nie wytrzymuję, a temperament Thomsonów daje o sobie znać. Pstrykam palcami, odwracam się i… Och!
Żaden malarz czy rzeźbiarz nie oddałby mu sprawiedliwości. Żadne zdjęcie nie przedstawiłoby go takim, jakim dane jest mi go ujrzeć. 
Przede mną stoi wysoki, szczupły, wysportowany mężczyzna, ubrany w czarne spodnie od garnituru oraz wypolerowane na błysk buty tego samego koloru. Biała koszula z podwiniętymi rękawami odkrywa fragment tatuażu.
Wygląda po prostu idealnie – oliwkowa skóra, ciemne włosy, dłuższe u góry, starannie zaczesane na bok, a także dwudniowy zarost, po którym chciałabym przejechać dłońmi. Ale największe wrażenie robią czarne oczy. Wydaje mi się, że za chwilę zostanę przez nie pochłonięta. Kiedy marszczy gęste brwi, przyglądając mi się intensywnie, wygląda jak anioł. Anioł ciemności. Emanuje energią, której nie da się ogarnąć. Mroczny, tajemniczy, a jednocześnie fascynujący. Gdyby tylko chciał, mógłby zawładnąć całym wszechświatem.
Jasna cholera.
– Rhys, jesteś. Właśnie przyjechała do mnie owieczka na pożarcie. Wiesz, że nie lubię…
– Wyjdź, Xavier – rozkazuje mężczyźnie, który mnie tu przyprowadził.
Jego głos jest taki… hipnotyzujący. Pomimo iż mówi spokojnie, nie sposób go nie posłuchać.
Facet odchodzi i zostajemy sami.
– Przywiozłam pana garnitury – informuję, gdy udaje mi się odzyskać głos.
– Dziękuję, Viviano. – Wie, jak mam na imię! – Twoja plakietka. – Pokazuje, widząc moje zmieszanie.
No tak.
Wpatrujemy się w siebie przez długi czas.
Co powinnam teraz zrobić? Cholera, jaka niezręczność.
– Dobrze… W takim razie ja już pójdę – oznajmiam. – Szefowa prosiła, by przekazać, że zaprasza do naszego sklepu. W ramach rekompensaty za tę pomyłkę może pan wybrać, cokolwiek zechce.
– Cokolwiek zechcę – powtarza cicho, robiąc dwa kroki w moją stronę.
– Tak. Z ubrań lub dodatków – dodaję szybko.
Mężczyzna powoli mierzy mnie wzrokiem. Po chwili robi to po raz drugi i zatrzymuje się na piersiach.
– Z dodatków – szepcze nieco ochryple, zbliżając się o kolejne dwa kroki.
Dlaczego mi się wydaje, że każde z nas ma na myśli coś innego? Uff, jak tu gorąco!
– Personelu nie ma w ofercie – wypalam.
Natychmiast patrzy mi w oczy. Dopiero teraz uświadamiam sobie znaczenie wypowiedzianych słów.
Co. Ja. Właśnie. Powiedziałam?!
– Zobaczymy, zobaczymy – odpowiada spokojnie.
Czy on potrafi okazywać jakiekolwiek emocje? Może tak, co nie zmienia faktu, że świetnie je ukrywa.
– Cokolwiek zechcę – powtarza, a pode mną niemal uginają się nogi.
– Ja już pójdę – mówię.
Praktycznie uciekam od tego mężczyzny. Nie wytrzymam dłużej tak dużego napięcia.

ROZDZIAŁ 3
VIVIANA

Gdy szofer widzi, że wybiegam z budynku, otwiera drzwi i pomaga mi wsiąść do limuzyny. Na siedzeniu natychmiast dostrzegam swoją torebkę. Dzięki Bogu, że nie zostawiłam jej w domu Rhysa Millera, bo nie wiem, jak miałabym po nią wrócić.
Kiedy kierowca odwozi mnie do sklepu, Beth od razu zauważa, iż nie czuję się najlepiej. Nie wiem, czy potrafiłabym się skupić na pracy, dlatego cieszę się, gdy szefowa daje mi wolne do końca dnia.
Będąc już w domu, szukam babci. Okazuje się, że ucięła sobie drzemkę, więc idę do swojej sypialni, a następnie padam na łóżko. Jestem dziko rozkojarzona, ponieważ nie mogę pozbyć się wrażenia, jakie wywarł na mnie poznany dzisiaj mężczyzna. Myślę o nim bardzo długo, jednak w końcu wraca mi rozsądek. Przypominam sobie, że nie potrzebuję żadnego faceta w swoim zwyczajnym, poukładanym życiu.

***

Nadchodzi jedyna wolna w tym miesiącu sobota. Wstaję, ogarniam się, zjadam śniadanie, a potem robię zakupy spożywcze. Kiedy rozpakowuję torby, do kuchni wchodzi moja rodzicielka. Staje obok i zaczyna przeglądać produkty.
– Nie kupiłaś niczego ciekawego – mówi z kpiną.
Niewdzięczny babsztyl.
– Zawsze możesz zrobić zakupy za swoje pieniądze i coś ugotować. Chętnie sprawdzimy z babcią twoje umiejętności kulinarne. – Krzywię się na myśl o jakiejś dziwnie pachnącej papce.
– Nie bądź taka pyskata, z matką rozmawiasz – warczy.
Odwracam się, patrząc na nią z niedowierzaniem. Jak w ogóle śmiała to powiedzieć?
Kiedy miałam dziewięć lat i zachorowałam na ospę, wyprowadziła się na dwa tygodnie do znajomej, żeby się nie zarazić. Gdy przychodziłam, aby porozmawiać o moich sukcesach lub problemach była zbyt zajęta planowaniem kolejnego wypadu z przyjaciółmi. Przez całe życie starałam się, by zauważyła we mnie swoją córkę. Dość tego.
– Mylisz się – oznajmiam stanowczo. – Rozmawiam z kobietą, która mnie urodziła, moja prawdziwa mama siedzi w ogrodzie.
– Uważaj gówniaro, bo…
– Bo co? – Przerywam. – Wyrzucisz mnie z domu? Nie sądzę. Pamiętaj, że to ja płacę rachunki. – Minął czas, gdy próbowałam nawiązać z nią nić porozumienia.
– Nie bądź taka pewna siebie. Kiedyś ten dom będzie mój.
Co za żmija!
Po pierwsze, jak może być taka bezduszna, by myśleć, co zrobi, gdy babci już nie będzie? Po drugie, nawet nie wie, w jakim jest błędzie.
– Tak, tak. Wtedy mnie wyrzucisz, a potem zamieszkasz tu sama – stwierdzam ironicznie.

***

Po południu siedzimy z Helen w salonie, oglądając kolejny teleturniej. W międzyczasie babunia marudzi, że nie mam znajomych i nigdzie nie wychodzę. To prawda, ale jak mogłabym ją
zostawiać z tą zołzą? Zresztą, dzisiaj matka pewnie odwiedzi wszystkie bary oraz kluby w Phoenix.
– Daj spokój, babciu, mam ciebie – odpowiadam nieco urażona.
– No, ja wiecznie żyła nie będę – mruczy.
– Helen Thomson. – Spoglądam na nią groźnie. – Powinnaś dostać porządnego kopniaka
za te bzdury.
– Tylko spróbuj. Oglądałam film karate, więc znam kilka ciosów. – Nie odrywa wzroku od ekranu telewizora.
Kręcę głową, bo już po prostu brakuje mi słów na tę staruszkę.
Nagle rozlega się dzwonek, a następnie słychać, jak nasza księżniczka zbiega po schodach. Proszę, ile ma energii, kiedy znajomi się schodzą.
– Viviana, ktoś do ciebie! – krzyczy niepocieszona.
Zerkamy na siebie z babcią. Wychodzę z salonu, po czym podchodzę do drzwi wejściowych. Gdy je otwieram, jestem w szoku.
– Cześć, pamiętasz mnie? – pyta piękna brunetka o oczach szarych niczym ciemna stal.
Ta dziewczyna była kiedyś moją sąsiadką. Przypominałyśmy takich trochę odludków, lecz, może właśnie dlatego, potrafiłyśmy się dogadać.
Pewnego dnia jej rodzina się wyprowadziła, natomiast kilka lat później zrobiło się o nich bardzo głośno. Okazało się bowiem, że Amelia jako noworodek została porwana, jednak nie przez przyszywanych rodziców. Ci adoptowali ją, dopiero kiedy jako niemowlę trafiła do sierocińca.
– Amelia! – wykrzykuję, uśmiechając się. – Proszę, wejdź! – Otwieram szerzej drzwi, nadal zszokowana, aczkolwiek szczęśliwa, że mogę ją znowu zobaczyć.
– Nie, nie – mówi dziwnie onieśmielona. – Jestem zmęczona. Dosłownie kilka godzin temu wróciłam do kraju i nie zdążyłam się ogarnąć. Wstąpiłam tylko zapytać, czy… Czy umówiłabyś się ze mną na kawę? Pasowałoby ci za tydzień, bo muszę jeszcze załatwić kilka spraw? – Patrzy na mnie wyczekująco.
– Oczywiście, że tak – odpowiadam radośnie.
– Super! Bardzo się cieszę.
Wymieniamy się numerami, po czym Amelia odchodzi. Kiedy zamykam za nią drzwi, dopada mnie pewna myśl.
O matko kochana!
Babcia jest wiedźmą. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w jednej chwili moje życie towarzyskie nie istnieje, a w drugiej jestem zapraszana na kawę przez dawną przyjaciółkę?

***

Niedziela mija na słodkim lenistwie, początek tygodnia w pracy też upływa spokojnie. Nadchodzi wtorek. Podaję Lucy, naszej kasjerce, ubrania klienta do skasowania i odchodzę uporządkować rzeczy, na które się nie zdecydował.
– Widziałaś tego faceta? – szepcze Tia, kolejna współpracownica.
Gdy się oglądam, serce natychmiast zaczyna bić jak oszalałe. Rhys Miller stoi w wejściu pewny siebie, otoczony przez grupę potężnych mężczyzn. Zatapia dłonie w kieszeniach spodni i unosi głowę, a jego czarne oczy są skupione na mnie.
Kiedy rusza z miejsca, nerwowo przełykam ślinę. Odnoszę wrażenie, jakby w moim brzuchu uformował się młynek, który kręci się z nieopisaną prędkością. Im bliżej podchodzi Rhys, tym szybsze stają się obroty. Mam bardzo złe przeczucia co do tej wizyty.
Widząc, że do sklepu wchodzi kolejny klient, wpadam na pewien pomysł.
– Przystojniaczek jest twój. Bierz go, Tia.
– Z przyjemnością – odpowiada uradowana dziewczyna.
Nachalnie wręcz doskakuję do nieźle wyglądającego mężczyzny, czując na plecach wzrok Millera. Po kilku minutach podchodzi do mnie jakiś napakowany facet w czerni i gburowato oświadcza, że jestem proszona do przymierzalni. 
Chyba nawet wiem przez kogo.
Grzecznie przepraszam klienta, którego zapoznawałam z ofertą, a następnie w asyście mięśniaka podążam na miękkich nogach we wskazane miejsce.
Wkraczam do strefy z trzema okrągłymi stolikami oraz kremowymi fotelami. Przed jedną z przymierzalni stoi Rhys z Tią.
– Pani już podziękuję, chcę Vivianę – oznajmia bezczelnie Miller, nie robiąc sobie nic z tego, iż dziewczyna wygląda, jakby ktoś ją spoliczkował.
Odchodząc, koleżanka obdarza mnie oczywiście nieprzychylnym spojrzeniem.
– Co mogę dla pana zrobić, panie Miller? – pytam zirytowana jego zachowaniem. Odruchowo marszczę brwi, zastanawiając się, czy pytanie nie zabrzmiało trochę dwuznacznie.
W jego oczach pojawia się dziwny błysk. Otworzywszy drzwi, zaprasza mnie, abym weszła do pomieszczenia. Czarno to widzę, ale klient nasz pan, prawda?
Rhys wchodzi za mną i staje przodem do wielkiego lustra umieszczonego w rogu przymierzalni.
– Chciałbym przymierzyć koszulę – informuje.
Zerkam na wieszaki z ubraniami, które musiała przynieść Tia.
– Jeśli te się panu nie podobają, mogę…
– Chcę, żebyś ty mi je zakładała, Viviano. – Przerywa.
Choć jego głos, w którym za każdym razem pojawia się lekka chrypka, wzbudza we mnie niewytłumaczalne emocje, skupiam się na tym, co powiedział.
– Słucham? – pytam kompletnie zmieszana.
– Zdejmij moją marynarkę – rozkazuje dziwnie mrocznym głosem.
Na całym ciele czuję gęsią skórkę. Moje prawdziwe „ja” chciałoby krzyknąć, że Bozia
dała rączki, jednak zahipnotyzowana część chce przystąpić do działania.
– Panie Miller…
– Wybrałem to jako moją rekompensatę. Zrób to, Viviano – żąda.
Przysięgam, że jutro poproszę Beth o ekstra premię, a także nieprzyznawany u nas do tej pory tytuł pracownika miesiąca.
Podchodzę do niego od tyłu, po czym zsuwam odpiętą już marynarkę, którą następnie wieszam z boku. Staję przed mężczyzną i gapię się niepewnie, a on unosi jedną brew, jakby chciał zapytać: „Jakiś problem?”.
Przełykając gulę formującą się w gardle, prostuję kołnierz. Staję na palcach, by sięgnąć do karku Rhysa, jednak jestem tak roztrzęsiona, że wpadam na niego. Automatycznie łapie mnie za biodra, a ja niemal natychmiast rozpływam się pod jego dotykiem. Zaciągam się wspaniałym zapachem i spoglądam na jego twarz. Tonę w głębi czarnych oczu, aby po chwili podziwiać piękne, pełne, rozchylone wargi.
Jasna cholera! Kto wyłączył klimatyzację?
Gorąco. Tutaj jest zbyt gorąco.
Kiedy odzyskuję zdolność myślenia, powoli zdejmuję krawat, żeby nie uszkodzić idealnej fryzury Rhysa. Odłożywszy kawałek jedwabiu na ladę, przygotowuję się do najtrudniejszej części zadania. Będę musiała zdjąć koszulę. Próbuję wysunąć ją ze spodni, ponieważ nie mam zamiaru dotykać dolnej części garderoby. Nagle Miller chwyta moje nadgarstki i schyla się, tak, że jego usta znajdują się przy moim uchu.
– Zrób to, Viviano – mruczy zmysłowo, a ja zastanawiam się, czy można umrzeć w wyniku nadmiernego podniecenia. – Nie chcemy zniszczyć materiału, prawda? – Dziwnie otumaniona, od zbyt wielu sprzecznych emocji, posłusznie kiwam głową.
Co się ze mną dzieje, do diabła?!
Drżącymi dłońmi rozpinam pasek, a potem spodnie. Wyjmuję koszulę i, ignorując fakt, że właśnie zauważyłam brzeg białych bokserek, odpinam po kolei guziki, zaczynając od góry, co trwa chyba całą wieczność. Kiedy kończę, mogę jedynie przesuwać wzrokiem po ciele Rhysa.
Ten facet ma sześciopak.
O cholera.
Łapię się na tym, że unoszę rękę, by dotknąć pięknego ciała. W porę się jednak opanowuję, zaciskam dłoń w pięść, a następnie zamykam oczy. Po chwili otwieram je, aby ponownie na niego spojrzeć.
Co ja robię?
Niewiele myśląc, odwracam się i po raz kolejny uciekam.
Od niego oraz swoich niewytłumaczalnych uczuć.



Książka już dostępna w przedsprzedaży na 👇 Empik

Skusicie się na tę powieść? 😉